Tekst autorstwa dr
Ewy
Walkowicz
..............................................................................................................................................................
Każdy właściciel psa wcześniej czy później zetknie się z problemem śmierci
ulubieńca oraz jej konsekwencjami. Niestety, życie psa jest dużo krótsze
od ludzkiego – przeciętnie około 15 lat; rzadko udaje im się dożyć wieku
18 – 20 lat. Psy rasowe żyją z reguły krócej niż kundle – wszystkie zaś
o wiele za krótko w stosunku do naszych potrzeb, natomiast wystarczająco
długo, żeby wytworzyć trwałą więź, wystarczająco mocną, aby ich odejście
uczynić prawdziwą torturą. Szczególnie bolesny jest fakt, że zazwyczaj
trzymamy psa od szczenięcia; jesteśmy świadkami jak rośnie i dojrzewa,
jak z naszą pomocą odkrywa świat i swoje w nim miejsce. Przeżywamy
niemal te same problemy co z dziećmi, bo a to ząbkowanie, a to za słaby
apetyt / za dobry apetyt, tu oparzył nos, tu kuleje, bo ktoś mu nastąpił
na łapę, tu pogryzł skarpety pana lub - gdy jakaś gapa zapomniała
zamknąć szafkę w przedpokoju - ostrzył sobie zęby na butach, z
niewiadomych powodów wybierając same lewe, za to z dziesięciu różnych
par.
I tak, jak przywiązujemy się do własnych dzieci, tak samo przywiązujemy
się do szczenięcia, które stosunkowo szybko wyrasta na dorosłego psa,
będącego pełnoprawnym członkiem rodziny, a jego potrzeby traktowane są
tak samo, jak każdego innego domownika. Dostosowujemy harmonogram dnia
,,bo z psem trzeba wyjść’’, wcześniej wracamy z imprez, żeby nie był sam
w domu, planując urlop – przede wszystkim sprawdzamy, czy w danym
miejscu akceptują psy.
Wszystko układa się dobrze, aż pewnego dnia zauważamy, że nasz
czworonożny towarzysz nie jest taki, jak był do tej pory – że coś się
zmienia. Staje się mniej energiczny, bardziej leniwy, dużo śpi i tak
jakby miał kłopoty z linieniem, bo coraz więcej sierści zostaje na
meblach i dywanach. I dopiero widok siwizny na psim pysku uzmysławia
nam, że nasz pupil nie jest już nastolatkiem, a raczej jest – ale w
sensie dosłownym, czyli w przeliczeniu na psi wiek to już staruszek.
Jego lenistwo i wygodnictwo to efekt typowych chorób wieku starczego:
reumatyzmu, niewydolności serca, zaburzeń trawiennych. Nagle zaczynamy
zdawać sobie sprawę z przerażającego faktu, że nasz pies nie będzie z
nami ,,na zawsze’’.
Nasz pierwszy odruch to bunt: nie, to niemożliwe, pewnie mu coś
zaszkodziło, on nie jest jeszcze taki stary. Prowadzimy psa do
weterynarza i podejrzenie staje się faktem. Lekarz wylicza długą listę
psich dolegliwości, dodając podejrzane zgrubienie wokół wątroby,
sugerujące zmiany nowotworowe. Na koniec słyszymy: ,, Cóż, sądzę, że
najlepszym rozwiązaniem byłoby uśpienie go”. Na rozpaczliwy protest, że
może jest jakiś sposób, może zastrzyki, może operacja... słyszymy
krótkie: ,,to nie ma sensu”.
Konieczna jest tutaj mała dygresja: to, w jaki sposób lekarz
zakomunikuje nam nieraz dramatyczną informację o stanie zdrowia psa i
sugestię o ewentualnym uśpieniu, zależy wyłącznie od jego wrażliwości i
nie ma nic wspólnego kompetencjami. Większość weterynarzy zakłada, że
ich zadaniem jest dbałość o zwierzęta, a właściciele sami mają sobie
radzić. A beznamiętna propozycja uśpienia nie wynika z jego obojętności
ale z wiedzy i doświadczenia, które mówią mu, że w danym przypadku
byłoby to tylko odwlekanie nieuniknionego i niepotrzebne przedłużanie
cierpień zarówno psa jak i jego opiekuna. Ponadto weterynarze zdają
sobie sprawę, że wiele osób nie zdobędzie się na odwagę, żeby
przyprowadzić psa specjalnie do uśpienia i – kierując się wyrzutami
sumienia, litością, fałszywą nadzieją ,,bo przecież on tak bardzo nie
piszczy, więc chyba go nie boli’’ – przedłużają agonię zwierzęcia.
Każdy chciałby, aby ci, których kocha, żyli wiecznie, a jeżeli muszą
umrzeć – to niech to będzie lekka, bezbolesna śmierć: ot, położył się,
zasnął i już nie obudził. Rzeczywistość jest jednak znacznie bardziej
okrutna, zwłaszcza jeśli chodzi o zwierzęta domowe. Żyją one znacznie
dłużej, niż w warunkach naturalnych, a to oznacza, że wydłużył im się
okres starości. Natura nie przystosowała zwierząt do znoszenia cierpień
wieku starczego, dając im w zamian drapieżniki i surowy klimat. W
warunkach domowych, gdy pożywienie i schronienie nie stanowią problemu –
na pierwszy plan wysuwa się ucieczka od chorób, które nieodłącznie
towarzyszą starości. W czasach współczesnych rzadko zdarza się, żeby
ktoś umarł po prostu ze starości, zwykle towarzyszy temu szereg tzw.
chorób cywilizacyjnych; dotyczy to również psów, zwłaszcza
,,miejskich’’. Wraz ze starczym spadkiem odporności słabnie serce,
odzywają się skatowane spalinami płuca, nerki przefiltrowały już tyle
chloru, fluoru, kamienia i innych zanieczyszczeń, że usypałby z nich
piramidę, a wątroba dawno zgromadziła cały układ okresowy pierwiastków,
z metalami ciężkimi na czele. Jeśli dołożyć do tego częste schorzenia
nowotworowe i alergiczne – uzyskujemy obraz daleki od złotej jesieni
psiego żywota.
Decyzja o uśpieniu jest bardzo trudna. Oczywiście, nie ma takiej
potrzeby, jeśli pies nie cierpi (pamiętajmy jednak, że cierpieć a
okazywać cierpienie – to dwie różne rzeczy). Podstawową wskazówką jest
jego samopoczucie. Jeśli pies nadal próbuje aktywnie uczestniczyć w
,,życiu rodzinnym’’ wystarczy mu staranna opieka i drobne udogodnienia,
typu dodatkowy stopień przy ulubionym fotelu. Jeśli natomiast zaczyna
odizolowywać się od otoczenia, zaszywa się na swym legowisku, przestaje
reagować na obcych czy zaproszenie na spacer – jest to już sygnał, że
musimy ponownie odwiedzić weterynarza a dla naszego towarzysza będzie to
prawdopodobnie ostatnia wizyta. Zaczynamy rozpaczliwie szukać wymówek,
żeby jej uniknąć. Dręczą wyrzuty sumienia i poczucie winy, bo to niemal
jak zdrada i morderstwo za jednym zamachem. Dochodzi do tego strach, że
pies przeczuje własną śmierć i co sobie o nas pomyśli w ostatnich
chwilach życia. Przypominają się zasłyszane opowieści, jak to psy wyły i
próbowały uciekać od weterynarza i jak strasznie cierpiały przy
uśmiercaniu. Dla niektórych usypianie psów jest równoznaczne z eutanazją
ludzi i widzą tu dylemat natury moralnej. Ale najgorsza jest myśl:
,,Przecież będę musiał przy tym być! Ja tego nie zniosę! Nie mogę
patrzeć, jak on umiera!”
O ile nie ma możliwości, żeby pomóc właścicielowi psa, właściciel może
pomóc swemu psu. Pierwsza rzecz, to pozbycie się poczucia winy. Nie
usypiamy psa dla naszego widzimisię; robimy to wtedy, gdy pies cierpi i
nie ma innej możliwości, żeby oszczędzić mu dalszego bólu.
Odpowiedzialność za zwierzę nakłada na opiekuna konieczność podejmowania
nieraz trudnych decyzji ale jest to regulowane przepisami prawnymi, a te
stanowią jasno, że gdy stan zwierzęcia nie rokuje nadziei na poprawę,
właściciel ma obowiązek podjąć wszelkie działania zmierzające do
skrócenia jego cierpień.
Pies nie przeczuwa własnej śmierci, on tylko rozpoznaje nasz lęk i
frustrację i na te uczucia reaguje. Jeżeli wiemy, że nasza decyzja jest
słuszna, pies również nie okaże strachu. Sam zabieg - przeprowadzony z
odpowiednią ilością środka usypiającego - nie jest bolesny i pies
zasypia spokojnie z łbem na kolanach właściciela, który dopiero po
dłuższej chwili orientuje się, że jego czworonożny przyjaciel biega już
po Ostatniej Łące.
Śmierć kończy cierpienia psa ale dla jego właściciela rozpoczyna się
długi i bolesny proces akceptacji straty i powrotu do normalnego życia.
Nie ma różnicy, czy pożegnaliśmy bliskiego człowieka czy zwierzę – żal
jest ten sam i tylko jego nasilenie zależy od siły wytworzonych między
nami więzi. Wiele osób wstydzi się przyznać, że większym wstrząsem była
dla nich śmierć domowego ulubieńca niż kochanego, ale rzadko widywanego
krewnego. Tymczasem jest to reakcja jak najbardziej naturalna – jeśli
nie mamy kogoś na co dzień, jego odejście nie burzy porządku naszego
świata.
Żal po stracie bliskiego przyjaciela (obojętnie, dwu- czy czworonożnego)
przybiera różne formy, ale zawsze można wyróżnić kilka następujących po
sobie etapów.
- szok – gwałtowna reakcja, następująca natychmiast po stracie; nie
wierzymy w to, co się stało. Nawet jeśli byliśmy przygotowani (starość,
choroba), jeśli byliśmy obecni, gdy weterynarz uwalniał go od cierpień -
patrząc na martwe ciało naszego psa, nie wierzymy, że to już koniec.
Dużo gorzej, gdy śmierć nastąpiła nagle, np. wskutek wypadku lub
gwałtownej choroby. Początkowo nie dopuszczamy do siebie informacji, że
to się mogło przydarzyć, a gdy powoli zacznie to do nas docierać,
następuje etap drugi:
- gniew – to stadium żalu, trudne do opanowania, zwłaszcza gdy pies
śmierć psa była przypadkowa; wyładowujemy frustracji poprzez
irracjonalną złość do wszystkich o wszystko. Największe pretensje mamy
do tych, których psy żyją i cieszą się dobrym zdrowiem.
Po wybuchach gniewu przychodzi kolej na trzeci etap żalu:
- izolacja i zrozumienie – wyczerpanie atakami złości daje o sobie znać
i szukamy odosobnienia, zwykle w poczuciu wyobcowania, niezrozumienia
przez otoczenie. Powoli dociera do nas, że cokolwiek byśmy nie zrobili –
nic nie zmieni tego, co się stało. Nie ma sensu oczekiwać, że jakimś
magicznym sposobem czas się cofnie i usłyszymy w nocy znajomy stukot
pazurów po posadzce i węszenie pod drzwiami sypialni. Psa już nie ma i
nigdy nie wróci. Gdy w końcu dociera do nas prawda o definitywnym
rozstaniu z pupilem, rozpoczyna się najtrudniejszy etap:
- poczucie winy – podczas gdy gniew skierowany był przeciw całemu
światu, tym razem obwiniamy siebie. Zaczyna się katowanie ,,gdybaniem’’:
,,gdybym wcześniej zauważył, że jest chory..., gdybym poszedł do
drugiego weterynarza..., gdybym nie spuścił go ze smyczy przy ruchliwej
drodze...’’. Prawdziwe katusze przeżywają właściciele, którzy usypiali
swoje psy – wszystkie wcześniejsze wątpliwości wracają z podwojoną siłą.
I chociaż po krótszym lub dłuższym czasie uzmysłowimy sobie, że
zrobiliśmy wszystko, co było w naszej mocy, nie uchroni to nas przed
kolejnym etapem:
- depresja – w tym stadium jesteśmy już pogodzeni z naszą stratą ale nie
z naszym bólem. Zapada twarda decyzja ,,nigdy więcej żadnego psa, drugi
raz tego nie zniosę’’. Ból stopniowo przycicha, by co jakiś czas odezwać
się gwałtownie, gdy podczas wiosennych porządków natkniemy się na jakieś
zapomniane psie zabawki czy zapas kości, przemyślnie poutykanych w
zakamarkach szaf.
Przychodzi jednak czas, gdy zaczynamy tęsknić do normalnego życia.
,,Normalnego’’ – czyli do spacerów przy każdej pogodzie; do radosnych
powitań, niezależnie od naszego humoru; do wdzięcznego słuchacza, który
nigdy nie sprzeciwia się naszym osądom a przede wszystkim do jedynego w
świecie, psiego spojrzenia i jego absolutnej, bezwarunkowej miłości.
Znaczy to, że doszliśmy do ostatniego już etapu żałoby:
- akceptacja – to pogodzenie się z nierozłącznością życia i śmierci.
Albo kochamy i ryzykujemy cierpienie albo nie kochamy wcale. W tym
przypadku ceną za psie uczucie jest ból, jaki odczuwamy po jego stracie.
Nie ma żadnych reguł, jak długo człowiek cierpi i ile powinny trwać
poszczególne etapy. Jedno jest pewne: taktowne, przyjacielskie wsparcie
może pomóc przetrwać najgorszy okres rozpaczy, a właśnie o nie jest
najtrudniej. Propozycja prezentu w postaci nowego psa jest równie
delikatna co swaty do wdowy podczas pogrzebu męża.
Ktoś wyraził się dosadnie, że w naszym kraju lepiej jest stracić
kochankę niż psa – bo za kochanką to chociaż można popłakać. Dziecko,
owszem, ma prawo się mazać – od tego jest dzieciak; stara panna również
– bo wiadomo, dziwaczka i histeryczka. Ale żeby dorosły chłop jakieś
brewerie wyprawiał z powodu psa? Nienormalny czy co? A niech se kupi
drugiego i po krzyku.
Trzeba przyznać, że na zrozumienie ze strony otoczenia mało kto może
liczyć. W Stanach Zjednoczonych, które przodują pod względem
różnorodności grup samopomocy, zorganizowane są specjalne wolontariaty
telefoniczne dla ludzi, którzy stracili swoich pupili. My chyba na to
jeszcze długo poczekamy. Na razie możemy liczyć na zniecierpliwione
zdziwienie, że ,,tyle hałasu o starego psa, gdy w kraju bieda i
bezrobocie’’. Pozostaje więc wsparcie innych ,,psiarzy’’, z których
część ma już te doświadczenia za sobą. I chociaż rzadko przyznają się do
własnych uczuć, wiedzą jak dotkliwie boli taka strata.
Nie mamy wielkiego wpływu na to, jak długie będzie życie naszych
ulubieńców, ale tylko od nas zależy jak bardzo będzie ono szczęśliwe ! !
!